Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Betty podniosła palec.
— Nie tylko dlatego, ale z powodu, że pan nie jesteś wcale człowiekiem współczesnym.
— Oto słowo prawdy istotnej! Przepraszam, panno Betty, muszę wstąpić do tej piekarni naprzeciw! Giovanni, każ stanąć!
— Cóż pan masz tam do roboty? Czyś pan głodny? — spytała Giggja, a Hans, cofnąwszy głowę, którą wytknął przez okno, odparł:
— Uczyniłem ślub, że nie minę tej ulicy, nie kupiwszy w tej piekarni pszennego chleba.
— Ulicą tą idziesz pan zawsze do biblioteki watykańskiej.
— I za każdym razem kupuję bochenek chleba.
Powóz stanął, a Hans Alienus znalazł się jednym susem w sklepie, zanim Giovanni zdołał zejść z kozła. Jason patrzył za nim zdumiony.
— Cóż za dziwny pomysł? — zauważyła Elena.
— Czyż nie widzisz pięknej twarzyczki za stołem sklepu? — spytała Betty. — Jest to, oczywiście, przynęta. I on to ma być człowiekiem współczesnym... on? No, zresztą postawił sobie za cel życia nie być nim!
Hans Alienus wyszedł z piekarni, pogryzając z wielkiego bochenka. Stojąc w drzwiach, przybrany w czarne pończochy, z rękawem ubielonym mąką, wyglądał na ogorzałego jeno zbytnio Hamleta, który, będąc w dobrym humorze, zaspakaja za kulisami głód, a tylko przez nieuwagę nasypał sobie pudru na kostjum.
— Szkoda, że nie wiecie, jakie to smaczne! — zawołał, odgryzając spokojnie wielkie kęsy.
— Świeży chleb szkodzi na żołądek! — odpowiedziała z dorożki Betty. — A pan użalasz się często na wątłe zdrowie!