Strona:Ulicą i drogą.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MOI PRZYJACIELE


 
Idę przed siebie — nigdzie nie popasam —
Idę — z myślami mojemi sam na sam —
Chciałbym zajść w jakieś odludne pustkowie,
Gilzie nikt mnie nie zna — o mnie się nie dowie.
 
Ale gdy idę hen śródpolną miedzą,
Już-ci wnet o mnie wszystkie wróble wiedzą,
Już mnie witają, świergocąc w zawody,
Żem zaszedł do ich zielonej gospody.

Wietrzyk, co każdą tajemnicę zwietrzy,
Mknie, od motylków zwinniejszy i letszy,
I zaraz plotkę, jak z worka wytrzącha —
Chciwie jej słucha każda kwietna koncha.

Modre bławatki, chabry i goryczki
Podnoszą na mnie ciekawe twarzyczki
I wszystkie trawy biją mi pokłony,
Bom jest dziś — słońcem jaśnie oświecony!

Żabie précieuse'y — grzeczne do przesady
Zaraz mi krzyczą: rady! rady! rady!
Pasikoniki zgrzytliwie trajkocą:
Znów on tu przyszedł — niewiadomo poco!