Strona:Ulicą i drogą.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W DZIEŃ DESZCZOWY


 
Świat cały noszę codzień za szkłem mych binokli,
Życie drga poza niemi, jak w akwarjum — ryby.
Dziś nadto je oglądam przez okien mych szyby:
Widzę, jak po ulicy biegną ludzie zmokli
I parasole rosną na deszczu — jak grzyby.

Gniew niebios czy ich łaska dziś w deszcz ten się skrapla?
Co tam w metafizyczne zagłębiać się kruczki!
Klnie — niby to się modląc — dziad zgarbiony w kuczki,
A tam w brudnym rynsztoku brodzi, niby czapla,
Z niekłamaną uciechą łobuziak maluczki.
 
W monotonnym pomruku ciecze woda z rynien;
Ryczy samochód, błotem elastycznem chlapie;
Dorożkarz wrzeszczy, bicza nie żałując szkapie;
Jakiś szary przechodzień, Bogu ducha winien,
Pośliznął się, upada... zbiegają się gapie.
 
Smutno w pokoju moim... Deszcz dudni i dudni...
Szaro w myślach... o niczem myśleć nie potrafię,
Więc dałem spokój książkom w bibljotecznej szafie:
Wszyscy poeci tacy dziś szarzy i nudni! — —
Nawet twój wiersz o deszczu, Leopoldzie Staffie!

1921