Strona:Ulicą i drogą.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


BRUK MIEJSKI


 
Podeszwo mych podeszew, twardy miejski bruku,
Który mądrym i głupim służysz za podnóżek,
Z czegóż się tak cały dzień śmiejesz do rozpuku
Turkotem omnibusów, klekotem dorożek?

Śmiejesz się — aż tym śmiechem oczy chcą załzawieć —
Śmiejesz się — jakbyś ludzkie śmiechy brał na kawał...
Śmiejesz się — czyż tak śmieszy cię przechodniów gawiedź,
Śpiesząca bądź na pogrzeb, bądź też — na karnawał?

Czy cię śmieszy wyżółkła twarz handlarza-Żyda?
Czy pary zakochanej niedorzeczny gruchot?
Czy ten żebrak pod ścianą — Nędzy karjatyda?
Czy rachityczna dziatwa — już z początkiem suchot?
 
Codzień słyszysz gwar ludzki, rozgłośny, stugębny,
Szemrzący jak w urwistej woda katarakcie,
A kamienie twe, niby wielokrotne bębny,
Nucie życia miejskiego wtórzą w głuchym takcie.
 
Ty nam błądzić bez celu w świecie dopomagasz,
A jak dziś błoto wożą, albo twój kurz grząski,