Strona:Tytus Czyżewski - Lajkonik w chmurach.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


WARSZAWA O 5-tej RANO

Zmrok miasta chmury to kwiaty
Kwiaty rosy spragnione jak
Stada w górach kwiecistych pszczoły
Lecą niebawem do raju anioły
Gołębie Boga wzlatują w niebo
Nad miastem w dole miasto jęczy
Przez sen budzą się robaki stada
Ludzie mówią przez sen wymawiają
Imię Boga wstydliwe aniołów
Wzywają twarz Lucyfera ogień
Pali się w żyłach gdy idę ulicą
Na rogu staję przecieram oczy
Mgła to fontanna wiosenne drzewa
Nieznani mi ludzie idą ulicą
Na rogu staję przecieram oczy
Drzemią samochody latarnie
Miasto blade ze snu patrzy
Zaropiałemi oczami nadziei
Gdy wzywał na rogu ulicy imienia szatana
Nadaremnie wzywał imienia tego satrapy
Uzurpatora zbrodniarzy dziewcząt apaszów
Na darmo wzywał imienia konając
Z nożem w sercu konał pod bramą
A wtedy patrol policji szedł lewą
Stroną zakrwawionego chodnika
Gdzie w błocie ślady bucików
Bladej dziewczyny ulicznej
W pędzącem aucie gdzie kierownica
Butelka wódki pełna sina
Upiór to stoi śmieje się
12 centymetrów wysoki
Tymczasem w Saskim ogrodzie w ciszy
Gdzie resztki śniegu cukru pod murem
Śniegu brudnego sadzy z komina pałacu
Pod śniegiem zielone pęki blade
Sutki piersi młodej dziewczyny zwiędnięte
Rozwijających się liści kasztanów