Strona:Teofil Lenartowicz - Nowa lirenka.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 59 —

Jakież to myśli snuły się o wierze,
Złote w poczęciu, szare na papierze!
Bo gdzież to można sposoby ludzkiemi
Oddać po ziemsku, to, co nie ze ziemi.

A tu w ogrodzie, pod starą jabłonią
Gdzie kwiaty pachnią i pszczoły się gonią,
Czegom nie marzył za szczęsnym powrotem,
O dużym dzbanie i o miodzie złotym;
O dobrych kmieciach i szlachcie poczciwéj,
Także o pewnéj Hannie urodziwéj,
Która szczęśliwa, jak to każda młoda,
Lirence mojéj chętne ucho poda,
I do napoju co serce pociesza,
Jeszcze i uśmiech życzliwy domiesza.

Bywaj mi zdrowe spokojne ustronie!
Szerokim światem znowu wiatr pogonię,
To com ukochał za chwilę porzucę,
Zaczętéj nawet pieśni nie donucę.
Nutę serdeczną przerwałem w pół-brzęku,
Lira kochanka wypadła mi z ręku,