Strona:Teofil Lenartowicz - Nowa lirenka.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 58 —

I od natchnienia jakie w serce poda,
Płynie przez życie spokojnie jak woda.
A jeśli czasem na piasków mieliźnie
Po wierzchu rzeki chmura się prześliźnie,
I barwy niebios na chwilę posarzy,
Z cichą pokorą przyjmie co Bóg zdarzy.

Bo i cóż robić gdy tak Bóg przeznaczy
Że żadną miarą nie można inaczéj?
Pracować szczerze i żywić nadzieje,
Że przecie ziarno nie próżno się sieje,
I że da Pan Bóg po biedzie latosiéj
Polska pszenica pięknie się wykłosi.
Że gdy przeminie dopuszczenia zima
żadna moc polnéj runi nie powstrzyma.
Ale siać trzeba kmieciu, ty Adamie,
Bo nie na próżno Pan Bóg dał ci ramie,
I nie na darmo różne dzieli dary,
W miarę zasługi i w miarę ofiary.

Przy tém okienku, za którém się słania
Płacząca wierzba, drzewo pożegnania,