Strona:Tajemnicza misja pana Dumphry.djvu/10

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    . Postanowiłem jednak w inny jeszcze sposób pozyskać pańskie zaufanie.
    Na prawej ręce rękawiczki już nie miał, teraz ściągnął drugą rękawiczkę, z lewej ręki — błysnęły dwa wspaniałe brylanty w pierścionkach. Pan Dumphry natychmiast pomyślał, że są zbyt wspaniałe, jak na prawdziwe brylanty.
    Pan Ranley zdjął pierścienie i położył je przed panem Dumphry na stole.
    — Wyrządzi mi pan wielką przysługę, chowając je do kieszeni. Proszę je zanieść do któregokolwiek z jubilerów, który miewa do czynienia z prawdziwie wartościowemi klejnotami. Niech je oceni, przypuszczam, że nie dozna pan zawodu.
    — Nie chcę! — odpowiedział pan Dumphry. — To nie jest sposób załatwiania tego rodzaju spraw. Nie potrafiłbym panu wystawić żadnego kwitu na podobny zastaw.
    — Nie żądam wcale pokwitowania — odpowiedział Ranley z uśmiechem. — Dziś mamy wtorek. W czwartek rano o tej samej porze zajdę do pana. Będzie pan miał dość czasu, żeby się dowiedzieć, jaka jest wartość tych pierścionków, a w czwartek rano będzie pan mógł mi je zwrócić. Powiedziałem, że chcę dać dowód zupełnego zaufania, jakie żywię dla pana, to będzie najlepszym dowodem. Niech pan pamięta, że ja choć jestem dla pana człowiekiem najzupełniej obcym, pan dla nas obcym nie jest. Nasze informacje nie ograniczyły się do zwykłych wywiadów handlowych. Mogę pana upewnić, że nawet przez jedną chwilę nie będę się o nie niepokoił. Ale zdaje mi się, że upłynęło już pięć minut, o które prosiłem.
    — A jednak, o ile tylko nie spieszy sie panu, chciałbym jeszcze pomówić z panem.