Strona:Tajemnicza misja pana Dumphry.djvu/9

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dobnego zgodzę. A teraz wróćmy do punktu wyjścia. Mówi pan wciąż: my, nam, nas. Co to ma znaczyć?
    — Wchodzi tu w grę pewien ścisły Komitet — możemy go tak nazwać. Jestem jego członkiem i przemawiam w jego imieniu.
    — Dobrze, a na kogo może się pan powołać?
    — Na nikogo, przynajmniej narazie. Ważną rzeczą jest właśnie to, żeby możliwie jak najmniej węzłów łączyło pana z nami.
    — Nie mogę powiedzieć, żeby mi się to wszystko podobało — odpowiedział pan Dumphry.
    — Zupełnie w to wierzę. Nie idzie tu jednak o zwykły interes handlowy, dlatego też nie możemy postępować utartemi drogami. Będę się starał przekonać pana, że jest to sprawa najzupełniej czysta i jasna. Może upoważnią mnie później do wyjaśnienia panu nazwisk kilku członków Komitetu, uczynię to jaknajchętniej. Muszę przy tej sposobności nadmienić, że wcale nie nazywam się Ranley — narazie jednak będzie pan łaskaw tak mnie nazywać.
    — Hm. Widzę, że nie jest to zwykły interes, a ja tymczasem jestem sobie najzwyczajniejszym kupcem. Proponuje mi pan wynagrodzenie równe moim kwartalnym zarobkom. Nie chcę obrazić pana, ale co będzie dla mnie gwarancją, że pan będzie mógł i chciał wypłacić mi taką sumę? Jest pan dla mnie, panie Ranley, zupełnie obcym człowiekiem.
    — Zaznaczyłem przecież odrazu, że połowę wynagrodzenia otrzyma pan przed wzjazdem z Anglji. Do tego doliczyć musimy oczywiście poważną kwotę na pokrycie wydatków. Oile nie otrzyma pan tych pieniędzy we właściwej porze zerwie pan umo-