Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Otóż sądzę, że ma pan rację, tym bardziej, że rozprawa apelacyjna wyznaczona została na pierwszego lutego. Pozostał zatem panu niecały miesiąc. Dla tak krótkiego czasu nie opłacało załatwiać wszystkich formalności z kaucją...
— Ja nic nie mam, skądże kaucja?...
— Pan Czyński chciał ją złożyć za pana.
— Zbytek łaski. Nie potrzebuję pomocy pana Czyńskiego.
— A dlaczego?... On jest dla pana bardzo życzliwie usposobiony. Zresztą zrozumiałe. Uratował pan życie jego narzeczonej i może jemu O. w pełni oboje zasługiwali na to. Ale wróćmy do sprawy. Otóż zebrałem już trochę materiału, który posłuży mi do obrony. Nie mam wiele czasu i będę się streszczał. Zatem przede wszystkim kazałem zrobić zdjęcia Rentgenowskie Leszka i jego narzeczonej. Pokazywałem je wielu lekarzom. Opinia wszystkich brzmiała jednogłośnie, że operacje przeprowdazone przez pana były nie tylko zupełnie prawidłowe, lecz świadczą o wprost wyjątkowej pańskiej umiejętności. Zwłaszcza ta podstawa czaszki. To było podobno fenomenalne. Muszę tedy wiedzieć, skąd i od kogo pan się tego nauczył?...
Znachor wzruszył ramionami:
— Nie uczyłem się.
— Niechże pan tego nie zataja przede mną, panie Kosiba — łagodnie powiedział adwokat — jeżeli pan sobie życzy, mogę to zachować przy sobie, ale ja muszę wiedzieć. Może pan pracował kiedy jako pielęgniarz w jakim szpitalu? Albo był pan sanitariuszem podczas wojny?...
— Nie.
— A od jak dawna leczy pan ludzi?... W jakich stronach pan był, zanim osiedlił się w młynie pod Radoliszkami?
— Dawniej nie leczyłem. Dopiero tam.
— Hm... Nie wmówi pan przecie we mnie, że bez żadnej praktyki umiał pan zestawiać złamane kości, prymitywnymi narzędziami przeprowadzać amputacje i temu podobne rzeczy.
— Ja też niczego panu wmawiać nie chcę.
— Tym brakiem szczerości utrudnia mi pan obronę.
— A czy ja prosiłem pana mecenasa o obronę? Nie potrzebuję żadnej obrony.
Adwokat przyjrzał mu się z zaciekawieniem:
— Woli pan siedzieć w więzieniu.
— Wszystko mi jedno — ponuro odpowiedział znachor.
Adwokat rozgniewał się:
— Ale mnie nie jest wszystko jedno. Postanowiłem sobie i obiecałem przyjacielowi, że pana z tego wyciągnę. I wiedz pan, że nie zaniedbam niczego. Nie chcesz pan sam mówić, dowiem się od innych.
— Nie warto się trudzić — machnął ręką znachor — Mnie wolność nie jest potrzebna, a co komu innemu po mojej wolno-