Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ty?... Jakimże sposobem ty?... Czy ty myślisz przez trzy lata, tu u mego teścia siedzieć?...
Marysia zaczerwieniła się:
— Dlaczego trzy lata?... W apelacji przecie uwolnią stryjcia Antoniego...
— Albo uwolnią, albo nie. A on tobie nie żaden stryj. Jakże ty myślisz żyć tu?... Z czego?...

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page065.jpg

Zobaczyła w Marysinych oczach łzy i dodała:
— No, nie płacz. Przecie nikt cię stąd nie wypędza. Dachu nad głową starczy... A jedzenia też. Tylko tak mówiłam. Przez ciekawość. Nie płacz, głupia. Czy ci kto żałuje? No?...
Pomimo tych zapewnień, Marysia uświadomiła teraz swoje położenie. Istotnie, gdy zabrakło stryjcia Antoniego, nie miała tu prawa pozostać. Dano jej to do zrozumienia z większą delikatnością, niż zwykle u prostych ludzi, ale wyraźnie.
Toteż gdy usłyszała wołanie na obiad, nie ruszyła się z miejsca. Drżała na myśl, że cała rodzina Mielników będzie przyglądać się jej przy stole, będzie liczyć łyżki strawy, darowanej strawy i każdy kęs podnoszony do ust... Między sobą po cichu będą nazywać ją przybłędą, darmozjadem póty, póki nie powiedzą jej tego głośno.
— Muszę stąd odejść, muszę... Tylko dokąd?...
Wiedziała od ludzi, że w sklepie pani Szkopkowej pracuje już jakaś inna dziewczyna. W całej okolicy na żadną posadę nie mogła liczyć. Nikt przecie nie wiedział, że była zaręczona z Leszkiem, nikt by nie uwierzył, gdyby nawet zdobyła się na powiedzenie tego głośno. Natomiast wszyscy wiedzieli zwła-