Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I za to panu jesteśmy wdzięczni — odezwał się pan Czyński. — Ten człowiek ma rację, doktorze.
— Zapewne — niechętnie zgodził się lekarz. — Istotnie mogło mnie nie być w domu. Strzeż nas tylko Boże od zakażenia.
Pan Czyński wydobył z portfelu stuzłotówkę i podał znachorowi:
— Macie tu za waszą pomoc.
Kosiba potrząsnął głową:
— Nie trzeba mi pieniędzy.
— Weźcie. Że biednym pomagacie darmo, to słusznie, ale od nas możecie wziąć.
— Ja nie pomagam biednym, czy bogatym, tylko ludziom. A temu paniczowi, to gdyby nie sumienie, to bym i wcale nie pomógł. Raczej on powienien był zginąć, a nie ta nieszczęśliwa dziewczyna.. Przez niego teraz umiera...
Pani Czyńska zwróciła się do lekarza po francusku:
— Czy można już przenieść go do samochodu?
— Tak!... — odpowiedział. — Zaraz zawołam ludzi.
Prędko zebrał rozłożone przybory opatrunkowe, zamknął walizkę i wyszedł z nią przed dom. Przez okno Antoni Kosiba widział, jak doktor włożył walizkę do wozu. Wówczas zrodziło się w nim postanowienie:
— Muszę tę walizkę z narzędziami zdobyć!

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page042.jpg
Państwo Czyńscy z ranym synem ruszyli autem ku Radoliszkom.