Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zajęty obmacywaniem szczęki młodego Czyńskiego — Hm... rzeczywiście złamanie, zdaje się że nic niebezpiecznego. Bez Roentgena jednak nic nie jest pewne...

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page041.jpg
...żebym miał takie narzędzia.

Sprawnie zdezynfekował ranę i nałożył swoje bandaże. Z kolei zbadał rękę i zobaczywszy na niej dwa cięcia, wybuchnął gniewem:
— Jak śmieliście to zrobić!... Jak śmieliście!... Pewno jakimś brudnym kozikiem!.
— Kość sterczała — tłumaczył się Kosiba — a nóż wymoczyłem we wrzątku...
— Ja was nauczę!... Za to już odpowiecie!
— To i odpowiem — z rezygnacją mruknął znachor. — A co miałem robić?
— Na mnie czekać!
— Toż posłałem po pana doktora. Na szczęście zastali pana w domu, a co byłoby, żeby nie zastali?... Miałem rannego bez pomocy zostawić?...