Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Że nie masz dla kogo. Powinieneś mieć swoją babę. I dzieci.
— Stary już jestem — mruknął wymijająco.
Zonia wyszczerzyła zęby:
— Taki ty i stary. Niejedna poszłaby za ciebie
— Obejdzie się.
— Ja sama poszłabym. Prawdę mówię. Poszłabym.
Antoni spuścił oczy i mruknął:

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page085.jpg

— Zostaw te głupstwa.
— A dlaczego głupstwa?... Nie bój się. Miesiąc nie minie, żeby kto do mnie nie swatał się. Już taka ostatnia nie jestem, choć wdowa. W zeszłą niedzielę sam widziałeś, przyjechali z Wickunów stary Baran i sadownik Siwek. Chcieli mnie dla młodego Miszczonka. A ja nic, choć on i młodszy ode mnie i całą włókę po ojcu dostanie. A ja nic. Nie takiego ja chcę męża. A za ciebie pójdę i tylko słowo powiedz. I żebyś wiedział, że sam Prokop radby...