Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wówczas baby wybuchły takim płaczem i tak zawodzeniem, jakby największe nieszczęście się stało. Matka Agata chwyciła syna w objęcia, trzęsąc się od szlochu. Tylko stary Prokop stał nieruchomy, ale i jemu po wąsach i po brodzie spływały łzy.
Gdy baby nie ustawały w wybuchach śmiechu i płaczu, Prokop skinął na Antoniego:
— Chodź ze mną.
Wyszli z przybudówki, obeszli dom i weszli do sieni
— Dawaj swoją czapkę — rozkazał Prokop. Wziął ją i zniknął za drzwiami pokojów. Nie było go z dziesięć minut. Nagle drzwi otworzyły się. W obu rękach stary niósł czapkę. Wyciągnął ją do Antoniego:

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page080.jpg

— Masz, bierz! Same uczciwe złote ruble. Na resztę życia tobie starczy. Tego dobra, coś ty mi wyrządził, pieniędzmi nie zapłacisz, ale co mogę, to daję. Bierz!
Antoni spojrzał na niego, później na czapkę: była prawie pełna małych złotych monet.
— Co ty, Prokop!? — Antoni odstąpił o krok. — Co ty? Chyba rozum straciłeś.
— Bierz! — powtórzył Mielnik.
— A po cóż mnie to!? Ja nie potrzebuję. Dajże spokój, Prokop. Czy ja dla pieniędzy?... Przez serdeczność, za twoją życzliwość! I chłopaka żal mi było.
— Weź.
— Nie wezmę — stanowczo odpowiedział Antoni
— Dlaczego?...