Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale na moje stare gnaty... Cóż to, nie w lecznicy? Próżnujesz dziś?
— Tak... Złożyło się tak.
— A właśnie telefonowałem — nadrabiał prezes swadą — telefonowałem do lecznicy. Chciałem wpaść, by zasięgnąć twojej rady. Zaczyna mi dokuczać lewa noga. Obawiam się, że to ischias...
Profesor słuchał w milczeniu, lecz tylko pojedyńcze słowa trafiały do jego świadomości. Jednakże równy i pogodny głos Zygmunta sprawił to, że myśli zaczęły się skupiać, łączyć, wiązać w jakiś niemal już realny obraz rzeczywistości. Drgnął, gdy kuzyn zmienił ton i zapytał:
— A gdzież Beata?
Twarz profesora ściągnęła się; odpowiedział z wysiłkiem:
— Wyjechała... Tak... Wyjechała... Wyjechała... za granicę.
— Dzisiaj?
— Dzisiaj.
— To dość, zdaje się, niespodziewany projekt? — od niechcenia zauważył Zygmunt.
— Tak... tak. Wysłałem ją... Rozumiesz... były pewne sprawy i w związku z tym...
Mówił z taką trudnością, a cierpienie tak wyraźnie rysowało się na jego twarzy, że Zygmunt pośpiesznie potwierdził najcieplejszym tonem, na jaki umiał się zdobyć:
— Rozumiem. Naturalnie. Tylko, widzisz, na dzisiaj rozesłaliście zaproszenia na zabawę z okazji rocznicy waszego ślubu. Należałoby zatelefonować do wszystkich i odwołać... Czy pozwolisz, że się tym zajmę?...
— Proszę...
— No, to doskonale. Sądzę, że Michałowa ma listę zaproszonych. Wezmę to od niej. A ty zrobiłbyś najlepiej, gdybyś położył się spać. Co?... Nie będę ci zawracał dłużej głowy. No, do widzenia.
Wyciągnął rękę, lecz profesor nie zauważył tego. Zygmunt poklepał go po ramieniu, zatrzymał się jeszcze przy drzwiach na chwilę i wyszedł.
Wilczur ocknął się, gdy trzasnęła klamka. Zauważył, że ściska w dłoni list Beaty. Zgniótł go w małą kulkę i rzucił w ogień. Płomień odrazu otoczył ją, zabłysła czerwonym pąkiem i spopielała. Już dawno i śladu po niej nie zostało, już dawno drwa w kominku zmieniły się w kupkę czerwonych węgli, gdy przetarł oczy i wstał. Powolnym ruchem odsunął fotel, obejrzał się.
— Nie mogę, nie mogę tu wytrzymać — szepnął bezgłośnie i wybiegł do przedpokoju.
Bronisław zerwał się z krzesła:
— Pan profesor wychodzi?... Jesionkę, czy futro?