Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


P. S. Pieniądze i całą biżuterię zostawiam w kasie, klucz od kasy włożyłam do skrytki w Twoim biurku. Zabieram z sobą tylko rzeczy naszej córki.

Profesor Wilczur opuścił rękę z listem i przetarł oczy. Za chwilę, jakby niedowierzając sobie, zaczął czytać list od nowa.
Cios spadł nań tak nieoczekiwanie, że wciąż wydawał mu się czymś nierzeczywistym, jakąś dopiero groźbą, czy ostrzeżeniem.
Czytał:
...niestety, nie kochałam Cię nigdy...
A dalej:
...męczył mnie i wielki świat i bogactwo i twoja sława...
— Jakże to tak? — jęknął. — Dlaczego?... Dlaczego?...
Na próżno usiłował zrozumieć wszystko. W jego świadomości było tylko to: odeszła, porzuciła go, zabrała dziecko, kocha innego. Żaden z motywów nie docierał do jego mózgu. Widział tylko nagi fakt, dziki, nieprawdopodobny, straszny.
Na dworze zaczynał się wczesny jesienny zmierzch. Zbliżył się do okna i czytał list Beaty, już nie wiedział sam po raz który.
Nagłe rozległo się pukanie do drzwi i Wilczur drgnął. Przez jedno mgnienie ogarnęła go nieprzytomna nadzieja:
— To ona! Wróciła!...
Lecz już w następnej chwili pojął, że to niepodobieństwo.
— Proszę — odezwał się ochrypłym głosem.
Do pokoju wszedł Zygmunt Wilczur, jego daleki krewny, prezes Sądu Apelacyjnego. Utrzymywali dość serdeczne stosunki i bywali u siebie dość często. Zjawienie się Zygmunta w tej chwili nie mogło jednak być przypadkowe i profesor od razu domyślił się, że musiała go zawiadomić telefonicznie gosposia Michałowa.
— Jak się miewasz, Rafale? — odezwał się Zygmunt tonem energicznym i przyjacielskim.
— Jak się masz — wyciągnął doń rękę profesor.
— Cóż tak siedzisz po ciemku! Pozwolisz? — i nie czekając na odpowiedź, zapalił światło. — Zimno tu, pieska jesień. Co widzę! Drzewo na kominku! Nie ma to jak kominek. Niechże ten Bronisław zapali...
Uchylił drzwi i zawołał:
— Bronisławie! Proszę tu zapalić w kominku.
Służący wchodząc zerknął z ukosa na swego pana, podniósł z podłogi porzucone futro, rozniecił ogień i wyszedł. Ogień szybko objął suche drwa. Profesor stał nieruchomo przy oknie.
— Chodźże, siądziemy tu, pogawędzimy — pociągnął go Zygmunt na fotel przed kominkiem. — No, tak. Ciepło to cudowna rzecz. Ty, jako młody, nie umiesz jeszcze tego ocenić.