Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tem w miasteczku. Do Wilna jeździł i ledwie wczoraj wrócił. To kiedy furmanka próżna przyjechała, pyta się:
— A gdzie robota?
A furman mu odpowiada:
— Ludwikowska pani kazała powtórzyć, że już roboty dla nas nie będzie.
— Dlaczego nie będzie? Fabrykę zamykają?
— Fabryki nie zamykają — powiada furman. — Ale, że to pański syn ich panicza obraził, to nie chcą panu roboty dawać.
Znachor chrząknął:
— To niesprawiedliwie. Jakże ojciec za syna może odpowiadać? Syn łobuz, ale ojciec porządny człowiek i nic nie zawinił.
— No, pewno — przyznała Marysia. — Ja mu to samo powiedziałam.
— Niby komu?
— Mosterdziejowi. On dopiero, gdy takie rzeczy usłyszał od rymarza, zaczął dowiadywać się i dowiedział się, co było. To najpierw poszedł do pana Sobka, podał mu rękę i powinszował, że on z jego synem słusznie postąpił, a potem przyszedł do mnie.
— I czego chciał?
— Najpierw to surowo na mnie patrzał i mówił: — Przyszedłem przeprosić za zachowanie się mego Zenona. To głupi i zły chłopiec. Należała się mu kara, wałkoniowi, a co od pana Sobka dostał, to jeszcze mało. Rozumiem, powiada, że nie miał prawa pani, to znaczy mnie, obrazić. Nie jego interes, co pani robi. Pani Szkopkowa opiekuje się panią, jej prawo, a nie tego darmozjada. I gdyby pani przyszła poskarżyć się mnie, to dostałby za swoje. Ale, powiada, pani poskarżyła się młodemu dziedzicowi z Ludwikowa i teraz mnie, starego, nieszczęście całkiem niewinnie spotkało, bo mi zamówienia cofnęli, a to więcej jak połowa mojego zarobku.
Znachor zdziwił się:
— Przecież panienka nie skarżyła się młodemu dziedzicowi?!
— Właśnie. Toteż powiedziałam to panu Wojdylle, ale on zdaje się nie uwierzył.
— No, to jeszcze nie widzę tu nieszczęścia.
— Nieszczęście jest w czym innym. Stary Wojdyłło dziś rano wypędził syna z domu!
— Wypędził?... Jak to wypędził? — zdziwił się znachor.
— On taki surowy jest. Całe miasteczko mówi tylko o tym wypadku. I wszyscy twierdzą, że to przeze mnie... A cóż ja zawiniłam?... Co ja złego zrobiłam?...
Głos Marysi zadrżał, a w oczach pokazały się łzy,