Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Akuratnie taka, jak ty — podśmiewała się Olga.
— A choćby! A choćby! — wojowniczo brała się pod boki Zonia. — Chytrzyć nie będę. Czym ja gorsza od tamtej?... Że nie taka młoda?... To i co? Zastanów się sam, Antoni, po co ci taka młoda?... A to jeszcze miasteczkowa! Z fanaberiami. Kapeluszowa. Grzech na duszę weźmiesz!
— Zamilknij, ty, głupia! — odezwał się wreszcie zniecierpliwiony znachor.
I odchodził mrucząc:
— Co takiej durnej po głowie może chodzić!...
W samej rzeczy gadaninę Zoni uważał za przelewanie z pustego w próżne. Ani mu śniło się brać żonę. Do kobiet czuł niechęć, nad której źródłem nie zastanawiał się, bał się ich i trochę nimi gardził. Jeżeli zaś chodziło o Marysię z Radoliszek, to była całkiem inne sprawa. Marysia była inna od wszystkich. Do tego stopnia inna, że wydawało mu się niedorzecznością porównywanie jej z kobietami w ogóle. Sam pomysł Zoni o jego małżeństwie z Marysią był tak durny, że i myśleć o nim nie warto było. Jeżeli zaś myślał, to tylko dlatego, żeby dojść, skąd w jej ciasnej głowie coś podobnego zjawić się mogło.
Że bywał w sklepie?... Ano, bywał i cóż z tego? Że czasem jakiś podarek Marysi zaniósł?... A cóż to, czy mu nie wolno?... Że lubił z nią gawędzić?... Ano pewnie, że wolał z nią, jak z kim innym, ale nie żeby zaraz pleść głupstwa... Biedactwo, dziewczyna, dziecko prawie i samotna, sierota. Czyż jest coś złego serce takiej okazać?... Tym bardziej, że serce szczere, bez żadnego interesu, bez rachunku. Zresztą czuł, że i ona przywiązała się do niego, że też go polubiła serdecznie. Gdyby inaczej było, nie witałaby go zawsze z taką radością, nie zatrzymywałaby go w sklepie jak najdłużej, nie zwierzałaby się ze swoich smutków i zmartwień.
A w ostatnich dniach nie brakowało ich Marysi. Już od poniedziałku była jakby przygaszona, gdy zaś przyszedł we czwartek, od razu zauważył, że płakała.
— Cóż, moja panieneczko — zapytał. — Znowu źli ludzie żyć nie dają?
Potrząsnęła głową:
— Nie, stryjciu Antoni! Nie to! Tylko przez tę całą awanturę nieszczęście się stało.
— Komu? — zaniepokoił się.
— A Wojdylle, rymarzowi.
— Jakież to nieszczęście?
— Widocznie młody pan Czyński dowiedział się od kogoś, że ten eks-kleryk mnie obraził i o tej bójce. Dość, że jak wczoraj rymarz posłał furmankę do Ludwikowa z gotową robotą, to nowej już mu nie dali. Starego Mosterdzieja nie było przed-