Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A to świństwo — myślał jedząc kolację w milczeniu — nie mógł paru tygodni poczekać.
Rachunek — o ile pamięć Leszka nie zawodziła — zawierał pozycje, których za żadną cenę nie chciałby pokazać rodzicom. Zwłaszcza owe rozbite lustra i zbyt wiele, naprawdę zbyt wiele butelek szampana...
— Czy mógłbyś teraz poświęcić nam pół godziny czasu — odezwała się wstając od stołu pani Czyńska — Chcielibyśmy z tobą pomówić.
— Aż pół godziny? — podejrzliwie zapytał Leszek.
— Czy uważasz, że to dla rodziców zbyt dużo?
— Ależ nie, mamo. Jestem do waszej dyspozycji.
— Przejdziemy do gabinetu.
— Oho! — mruknął do siebie Leszek — Rzecz musi być poważna.
W gabinecie z reguły odbywały się najmniej przyjemne i najbardziej oficjalne konferencje z rodzicami.
Pan Czyński zasiadł na prezydialnym miejscu przy biurku i, chrząknąwszy dwukrotnie, zaczął:

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page133.jpg

— Mój Leszku! Doszło do naszej wiadomości, że lekkomyślność swoją posuwasz do granic, które przekraczają nie tylko dobre obyczaje, ale i pojęcie o godności osobistej, jakie staraliśmy się oboje z matką w ciebie wpoić.