Przejdź do zawartości

Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
— 10 —

 Dobraniecki był dość subtelny, by wyczuć tę niechęć. Ponieważ jednak miał zwyczaj nie narażać sobie nikogo, kto mógłby mu w czymkolwiek zaszkodzić, odezwał się pojednawczo, wskazując na stojące przy biurku pudło:
 — Sprawiła pani już nowe futro? Widzę pudło od Porajskiego.
 — Nie stać mnie w ogóle na Porajskiego, a zwłaszcza na takie futro.
 — Aż „takie“?
 — Niech pan zajrzy. Czarne sobole.
 — Fiu... fiu. Dobrze się powodzi pani Beacie.
 Pokiwał głową i dodał:
 — Przynajmniej materialnie.
 — Co pan przez to rozumie?
 — Nic.
 — Wstydziłby się pan — wybuchła. — Takiego męża i tak kochającego mogłaby pozazdrościć jej każda kobieta.
 — Zapewne.
 Panna Janowiczówna przeszyła go gniewnym wzrokiem.
 — Ma wszystko, o czym kobieta może marzyć! Ma młodość, urodę, cudną córeczkę, sławnego i powszechnie uwielbianego męża, który pracuje dniami, nocami, by zapewnić jej wygody zbytki, znaczenie w świecie. I upewniam pana, doktorze, że ona to umie ocenić!
 — I ja nie wątpię — skinął lekko głową — tylko wiem, że kobiety najwyżej cenią...
 Nie dokończył, gdyż do gabinetu wpadł dr Bang i zawołał:
 — Zdumiewające! Udało się! Będzie żył!
 Z entuzjazmem zaczął opowiadać przebieg operacji, przy której asystował.