Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pu paczki do powozu, więc jakże później zgodziliby się traktować ją jako równą sobie.
Zupełnie inaczej przedstawiałaby sobie własną przyszłość, gdyby pan Leszek był zwyczajnym niezamożnym urzędnikiem, czy rzemieślnikiem, a bodaj nawet gospodarzem wiejskim.
— O, wtedy byłoby zupełnie inaczej!
Uważała go za szczyt urody męskiej. Na żadnej fotografii filmowej, na żadnej pocztówce w sklepie (a było ich tyle) nie widziała równie pociągającego chłopca. Podobał się jej pod każdym względem. Bo nawet ta jego duma, ta zarozumiałość nie była aż taką wadą, na którą w ostateczności nie można by zamknąć oczu. Zresztą gdyby był tylko skromnym pracującym człowiekiem, na pewno nie miałby przewróconej głowy.
Nadeszła wiosna i Marysia jeżeli pamiętała o młodym Czyńskim, to tylko jako o postaci z marzeń, nie zaś o przyszłym właścicielu Ludwikowa.
Postać ta jednak zajmowała w jej wyobraźni miejsce może niezbyt wielkie, lecz tym nie mniej stałe i niewzruszone. O tyle niewzruszone, że nie było tam wolnego terenu dla innych. W miasteczku i w okolicy nie brakło młodych ludzi, którzy na Marysię zwracali uwagę, nie ukrywając przed nią swoich zachwytów. Narzucał jej się między innymi miejscowy naczelnik poczty, ślicznie grywający na mandolinie. Raz na jakiejś zabawie grał jej tak czule, iż to zwróciło powszechną uwagę. Wszystko to jednak nie robiło na niej większego wrażenia.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page106.jpg

Przyszedł czerwiec, upalny, bujny czerwiec. Miasteczko otoczone rozfalowanym, zielonym morzem zbóż, samo przypominało bukiet potężnych wiechciów białodrzewia, lip i brzóz, pod