Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Od tego czasu znienawidziła Marysię i ile razy spotkała panią Szkopkową, zapewniała, że nie kupi niczego u niej za jeden złamany grosz, póki w sklepie będzie ta obrzydliwa dziewczyna.
Pani Szkopkowa martwiła się utratą klientki, zburczała nawet Marysię, sama nie wiedząc za co, ot, na wszelki wypadek, ale jej nie wydaliła.
Pani aptekarzowa była może już nie młoda, ale niewątpliwie ładna. I na młodsze jednak pan Leszek nie zwracał uwagi, nawet na takie, co ubierały się szykownie, lub pochodziły z dobrych rodzin, jak siostrzenica proboszcza, jak córka inżyniera drogowego, lub jak panna Pawlicka, siostra doktora. Oczywiście pochlebiało to Marysi. Pochlebiało zaś tym bardziej, że Leszek był okropnie zarozumiały, co uważała za jego wielką wadę. Podczas gdy z nią był prosty i wesoły, wobec innych ludzi zachowywał się sztywno i wyniośle. Za pan brat rozmawiał tylko z bogatszymi ziemianami z okolicy, na resztę patrzył z góry. Często powtarzał, że jego matka jest z domu hrabianką, a ojciec pochodzi z magnackiej senatorskiej rodziny i że w całym województwie, oprócz Radziwiłłów i Tyszkiewiczów, nikt nie ma prawa wyżej nosa zadzierać, niż Czyńscy.
Kiedyś Marysia nie wytrzymała i powiedziała mu z ironicznym uśmiechem:

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page102.jpg

— Bardzo to zabawny widok, taki młody, wielki pan zadzierający nosa, by zaimponować sklepowej dziewczynie.
Zmieszał się wówczas i przysiągł, że wcale nie miał takiego zamiaru.