Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przebaczyłaby, ale obie zostałyby zaszczute przez opinję publiczną, przez krewnych, znajomych. Karol nie darowałby jej tego nigdy, a może i Marjan, który nawet przypuszczaćby nie mógł, że zrobiła to dla niego.
Jakże jasny, jakże pogodny był teraz świat. W chwili sprzedawania bransoletki tak trudno było z nią się rozstać, lecz teraz nie żałowała jej wcale: było to zero w porównaniu z sumą spokoju i radości, jakie przyniosło.
Jednego jej teraz brakowało do kompletnego szczęścia, to możności podzielenia się z kimś tem przeżyciem. Tego jednak musiała się wyrzec. Jedynym człowiekiem, któremu mogłaby się z tem zwierzyć, był Marjan, jedyny, któremu tego za żadne skarby nie wolno było powiedzieć. Gdyby nie chodziło o niego, ach, wówczas byłoby to proste, a nawet konieczne. On, on jedyny napewno nie potępiłby jej, lecz przeciwnie, odczułby wszystko i wszystko zrozumiał. Subtelność jego spokoju przypominała nieruchome jezioro: najdrobniejsze ziarnko piasku, najlżejsze, najmniejsze słowo, rzucone w tę taflę, odzywało się drganiem fal, które szły szeroko, daleko aż do krańców.
Kiedyś powiedziała mu to i wówczas śmiał się:
— Innemi słowy pisze się na mnie niczem widłami na wodzie. Może to i prawda.
Lecz Anna wiedziała, że nie. Wiedziała jak głęboko przeżywał wszystko, cokolwiek w tę toń wpadło. Nie uzewnętrzniał tego. Każde drgnienie przekazywane miljardom cząsteczek wody w jeziorze przenika w niem obszary, chociaż się tego nie widzi. A były przecie i takie burze, które nie dały się zamaskować pogodą powierzchni, które wciąż powracały.
I dziś powiedział jej znowu to samo. Udała, że nie słyszy, że nie przywiązuje do tego wagi, ale tak nie było. Wprawdzie spoczątku wierzyła sama, że to wszystko jedno, że to nie może odegrać w ich miłości