Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kami i jakiś interesant stał przy drzwiach. W żaden sposób nie mogła przy nich przełożyć pieniędzy z torebki do kasetki. Załatwiała ich sprawy z gorączkowym pośpiechem. Jednak jak na złość przyszedł pod koniec kasjer:
— Przepraszam panią, czy pani nie ma w swojej podręcznej drobnych?
Anna opuściła wzrok i zacisnęła zęby. Wprost nie była w stanie wydobyć głosu.
— Byłbym pani wdzięczny za zmianę stuzłotówki.
— Ach... tak.. służę panu... z przyjemnością... mogę panu zmienić... proszę...
Palce były jakieś zdrętwiałe, gdy otwierała torebkę i podawała mu zwitek dwudziestozłotówek, a chowała setkę.
— Pi... Pi... — zażartował — pani jest Krezusem. Przed samym pierwszym, a floty, jak lodu. Dziękuję pani serdecznie i całuję rączki.
Została wreszcie sama. Obejrzała się. W tym boksie człowiek siedzi, jak w latarni. Na szczęście nie spotkała niczyjego wzroku. Czemprędzej otworzyła kasetkę i włożyła do niej setkę. Gdy usiadła, odetchnęła z ulgą, z nieprawdopodobnie wielką ulgą. Przecie cała jeszcze trzęsła się, jak galareta i była półprzytomna.
— Boże, jakie to okropne — szeptała do siebie — jakie to straszne. Już nigdy w życiu czegoś podobnego nie zrobię. Nigdy.
Uprzytomniła sobie dopiero w chwili wejścia kasjera, jakie mogłoby mieć skutki niezwrócenie wziętych pieniędzy. Minz miał prawo w każdej chwili zarządzić rewizję podręcznej kasy, a wtedy dymisja, policja, kompromitacja, wykreślenie z listy osób, którym się podaje rękę, wstyd dla całej rodziny, dla Karola i dla Lituni: tylko pomyśleć, na całe życie przywarłoby do niej to, że jej matka była złodziejką... Litunia zrozumiałaby to,