Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Proszę pani — wzruszył ramionami Żyd. — Każdy to, co posiada, woli uważać za rzecz niezwykle cenną. Gdyby majątek wszystkich ludzi obliczyć według tego, co oni o tem myślą, okazałoby się, że wszystkie miljardy świata nie starczą. Ta bransoletka na amatora jest warta więcej...
— Ile?
— Może dwieście, dwieście pięćdziesiąt złotych. Mogę ją przyjąć w komis.
— A... dałby mi pan, powiedzmy, sto złotych zaliczki.
— Przy komisie? Nic. Nie mogę.
— A jak prędko sprzedać to można?
— Skądże ja wiem? Bywa, że i w tygodniu, a tak samo bywa, że i rok się czeka na amatora. To nie kurantowy artykuł.
Anna odwróciła się do okna i namyślała się.
— Mnie pieniądze są zaraz potrzebne — powiedziała wreszcie — da pan sto pięćdziesiąt?
— Dam sto dwadzieścia pięć.
— Dobrze — ucięła.
Otworzył szufladę i powoli odliczył pieniądze, poczem na firmowym arkusiku skreślił kilka słów:
— Pani będzie łaskawa podpisać, że pani sprzedała swoją własność. Proszę o wyraźne nazwisko i adres.
Czuła, że jest czerwona, jak burak, jednak podpisała i bojąc się, że gotów ją jeszcze zapytać o legitymację, sama czemprędzej wyjęła dowód osobisty:
— Proszę, niech pan sprawdzi.
Żyd potrząsnął głową:
— Dziękuję, i tak pani wierzę. To tylko formalność.
Gdy wchodziła do biura była już o kwadrans spóźniona, a należało zaraz po przerwie odesłać Minzowi korespondencję do podpisu, asygnaty i wykazy.
W jej boksie czekało już dwóch urzędników z tecz-