Przejdź do zawartości

Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Prokurator Alicja Horn tom I.pdf/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

Na pożegnanie pocałował ją w rękę, czego nigdy nie robił.
Było jeszcze wcześnie, lecz Alicja chciała załatwić kilka sprawunków i dlatego wyszła z biura. O trzeciej była już w domu.
Spotkała ją rozszczebiotana i roześmiana Julka.
— Co za uczta Sardanapala! — wołała radośnie, rozpakowując paczki — czy ten pan Winkler jest takim smakoszem?
— Przypuszczam, że takim właśnie, jak twój Sardanapal — odpowiedziała Alicja wesoło. — No, cóż tam w szkole?
Nastąpiła cała serja relacyj, jak zawsze szczegółowych, o lekcjach, o nauczycielkach, o koleżankach. Nakrywały przytem do stołu.
— Tak dawno nie miałyśmy nikogo na obiedzie. Bardzo się cieszę — mówiła Julka — a ty, Alu, dziś cudownie wyglądasz! Cudownie! Czy przebierzesz się?
— Naturalnie. Nałóż i ty swoją kremową sukienkę.
Julce udzielił się nastrój Alicji. Czuła, że ten gość to jest więcej, niż zwykły znajomy i była niezmiernie ciekawa, aż z tego powodu dostała wypieków.
Były zupełnie gotowe już na dziesięć minut przed czwartą i Julka ciągle wyglądała oknem. Alicja miała wielką ochotę zrobić to samo, lecz powstrzymywała się.
Z wybiciem zegara zadźwięczał krótki dzwonek w przedpokoju.
— Punktualność jest zaletą ministrów — z aprobatą powiedziała Julka.
Alicja wyszła do przedpokoju i ze względu na obecność Józefowej tylko podała mu rękę. Ucałował jej dłoń w milczeniu, lecz sporzenie, którem ją obrzucił miało w sobie tyle zachwytu, że oblało ją gorącą falą.