Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Karjera Nikodema Dyzmy.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sjonacie mieszkał, pewien bubek. Wie pani, taki elegant z morskiej pianki. Przy stole siedział naprzeciw mnie i codzień przez cały obiad gadał i gadał. O czem on nie gadał! Wszystkiemi językami! A wszyscy słuchają, zwłaszcza panie! A on czaruje i czaruje.
— Znam typy tego rodzaju — wtrąciła Nina — takie bawidamki. Nie znoszę takich.
— I ja też nie znoszę. Więc jednego dnia już nie mogłem wytrzymać. Kiedy ten już z pół godziny gadał, pochyliłem się raptem do niego i jak nie hukne: — huuuu.....!
Nina wybuchnęła śmiechem.
— A on co? — zapytała.
— On? Zamilkł z miejsca i więcej go nie widzieliśmy. Wyjechał, czy coś.
Pani Nina zawołała:
— Ach, jakież to świetne. I to takie w pańskim właśnie stylu! Gdyby mi pan nawet nie powiedział, że to pan tak zrobił, napewnobym odgadła. Świetne!
Dyzma by kontent z efektu.
— Wie pan — ciągnęła Nina — nigdy nie spotykałam takich mężczyzn, jak pan. I wydaje mi się, że znamy się już od lat. Wydaje mi się, że potrafiłabym już dziś powiedzieć ściśle, co pan w każdym wypadku zrobi, co powie. I to jest zastanawiające, że jednak za każdym razem odkrywam w panu nowe rewelacje, nowe niespodzianki. A przecież pan jest monolitem...
— Kim?...
— Monolitem. Konstrukcja pańskiego charakteru jest matematycznie konsekwentna. Naprzykład pański sposób obcowania z kobietami! Fascynuje prostotą. Prawda, może jest nieco surowy, a nawet, powiedziałabym brutalny. Ale wyczuwa się pod nim głębię przemyśleń. Właśnie człowiek wielkiego czynu, właśnie głęboki intelektualista musi mieć sposób bycia, taki, wyzwolony z wszelkich werteryzmów, czy liryzmów, pozbawiony taniej ornamentacji i połyskliwego blichtru. O, pan nie należy do ludzi, którzy przypominają mi sklep, gdyż wszyst-