Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Karjera Nikodema Dyzmy.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ciężka jestem? Jak długo mógłby pan mnie nieść?
Nikodem spojrzał w jej rozjarzone oczy.
— Mógłbym ze trzy mile, z pięć mil...
Odwróciła się szybko i szli w milczeniu, aż do łódki. Gdy już odpłynęli dość daleko od brzegu, Nina powiedziała:
— Niech mi pan tego nie weźmie za złe, co powiem. Wydaje mi się, że kobieta nie może być szczęśliwa, jeżeli nie ma kogoś, ktoby ją nosił na rękach. Nie w przenośni, nie. Wprost nosił na rękach.
Dyzma złożył wiosła. Przypomniał się mu mały tłuściutki pan Boczek i jego żona, która musiała ważyć conajmniej sto kilo. Boczek napewno nie nosił jej na ręku — uśmiechnął się — a jednak są szczęśliwi.
— Nie wszystkie kobiety, — rzekł głośno.
— Zgadzam się, ale te kobiety, którym tego do szczęścia nie brak, muszą być nieco wynaturzone, zmaskulinizowane, pozbawione tego, co stanowi treść kobiecości. Naprzykład... Kasia.
W jej głosie zabrzmiała nuta niechęci.
— Co, pokłóciła się pani z panną Kasią?
— Nie to — odparła Nina — ona poprostu złości się na mnie.
— Za cóż to?
Zawahała się.
— Za co?.. Ach, czy ja wiem... Może za to, że czuję do pana... sympatję.
— Panna Kasia mnie nie lubi?
— Nie to.
— A jednak nie lubi. Dziś przy śniadaniu takie szpilki mi wsadzała.
— No, ale pan nic sobie z tego nie robi. I odciął się pan znakomicie. Pan tak umie kilku słowami osadzić adwersanta...
Dyzma roześmiał się. Przypomniał sobie opowiadanie Waredy o krynickim kawale Ulanickiego.
— Czasami — powiedział — można to zobić i bez słów. Jak byłem w maju w Krynicy, to w moim pen-