Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Karjera Nikodema Dyzmy.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I bardzo pana proszę, kochany panie Nikodemie, nie zadawaj pan sobie trudu zbyt wiele. Oczywiście będę panu niezmiernie wdzięczny, jeżeli pan swojem bacznem okiem rzuci tu i ówdzie. Zawsze co dwie głowy, to nie jedna; ale, powtarzam, dzięki Bogu, jestem zdrów i nie widzę potrzeby obarczania pana moją pracą. Niech pan wypoczywa sobie i czuje się jak w domu.
— Dziękuję — rzekł Dyzma i ziewnął.
— Ale jeszcze jedno. Jak pan będzie miał ochotę i czas, niechże pan trochę zaopiekuje się mojemi paniami. Kasia to jeszcze jeździ konno, uprawia inne sporty, ale żona moja, biedactwo, nudzi się bardzo. Nie ma żadnego towarzystwa. Dzięki temu i nudy, i migreny, i melancholje. Przyzna pan: obcowanie jedynie z Kasią musi wpływać źle na stan nerwów. Więc będę bardzo wdzięczny, jeżeli pan znajdzie dla nich trochę czasu.
Dyzma obiecał zająć się rozerwaniem pani Niny, zaś kładąc się spać, myślał:
— Taki stary kanciarz, a taki frajer! Kobieta i tak na mnie leci, a on jeszcze ją popycha.
Usiadł w łóżku oparty o poduszki i, wyjąwszy z portfelu pieniądze przeliczył je zgrubsza, poczem na kartce papieru zaczął obliczać ile też będzie miał dochodu. Właśnie zamyślił się nad kwotą tantjemy, gdy usłyszał przyciszone kroki w sąsiednim pokoju. Ktoś szedł poomacku, gdyż kilka razy potrącił krzesła. Było już po drugiej. Zainteresowany chciał wstać i wyjrzeć, gdy kroki zatrzymały się tuż przed drzwiami, po chwili zaś klamka poruszyła się i drzwi zaczęły się uchylać.
Na progu stanęła Kasia.
Dyzma przetarł oczy i ze zdumienia otworzył usta.
Miała na sobie czarną jedwabną pidżamę z czerwonemi wyłogami. Patrzyła nań z pod opuszczonych rzęs. Cicho zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się do łóżka. W jej sposobie zachowania się nieznać było najmniejszego zażenowania i Dyzma przyglądał się jej z rosnącem zdumieniem.
— Nie przeszkadzam panu? — zapytała swobodnie.
— Niby mnie?... Ależ... Co znowu.,