Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Karjera Nikodema Dyzmy.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak mówisz?... Więc dobrze, samca, samca... Czyż nie jestem samicą?!
— Chama — dodała Kasia.
— Nieprawda! Pan Nikodem nie jest chamem. Dość miałam dowodów jego subtelności. Jeżeli zaś jest brusque, czyni to świadomie. To jest jego styl, jego typ. To ja nad tobą powinnam się litować, że natura cię tak upośledziła, że nie jesteś w stanie odczuć elektryzującego działania tej najpiękniejszej siły, tej władczej, prymitywnej męskości... Tak, właśnie pierwotność, symplicyzm natury...
— Jakoś łatwo rezygnujesz z kulturalnych pretensyj.
— Kłamiesz, kłamiesz, świadomie kłamiesz, sama przyznawałaś, że zenitem kultury jest wżycie się w prawa przyrody...
— Poco te frazesy? — z zimną ironją przerwała Kasia — powiedz poprostu, że chcesz go mieć w łóżku, że trzęsiesz się z żądzy podstawienia mu swego ciała...
Chciała jeszcze mówić dalej, lecz widząc, że Nina zakryła twarz chusteczką i zaczęła płakać, umilkła.
— Jakaż ty jesteś... bez serca... jaka... bez serca... — wśród łkania powtarzała Nina.
W oczach Kasi zapaliły się ogniki:
— Ja? Bez serca? I to ty mnie mówisz, Nino! Nino!
— Zostaje mi chyba — płakała tamta — samobójstwo... Boże, Boże... jakże ja jestem sama...
Kasia nalała szklankę wody i przyniosła Ninie:
— Wypij, Ninuś, musisz się uspokoić, no wypij, kochana.
— Nie, nie, nie chcę... Zostaw mnie, zostaw...
— Wypij, Ninuś — prosiła.
— Nie chcę, idź, idź, jesteś bez litości...
Po zaciśniętych palcach ściekały łzy. Kasia objęła ją i szeptała pieszczotliwe słowa. Wtem Nina drgnęła. Zdaleka rozległ się sygnał samochodu.
Po chwili światło jego reflektorów przesunęło się jaskrawą smugą przez półcień pokoju.
— Nie płacz, Ninuś, będziesz miała zaczerwienione oczy.