Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Ich dziecko.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Do broni! — wołali z przygodnych mównic siwowłosi weterani sześćdziesiątego trzeciego roku, a po ich twarzach spływały łzy, niewiadomo, czy łzy szczęścia, iż oto znowu po wielu latach to wezwanie narodowi rzucić mogą, czy łzy rozpaczy, że sami już karabinu nie udźwigną.
— Do broni! — krzyczało wszystko, co żyło. Ulicami przeciągały pochody, na placach gromadziły się tłumy. Przed biurami werbunkowymi stały długie kolejki. Ochotnicy. Setki, tysiące, dziesiątki tysięcy…
Naród, jak wielki, potężny zwierz, ocknął się i „wzbudził gniew w piersiach swoich“.
Polnymi drogami, pośród zielonych zbóż szli młodzi chłopcy z tobołkami na plecach, z małych cichych miasteczek, z wielkich miast, z ubogich dzielnic robotniczych i z białych pałaców, z ław szkolnych, z biur, z warsztatów i sklepów szli, napływali ochotnicy. A gdy jeden drugiego spotkał, gdy jeden drugiemu w oczy spojrzał, odnajdywał w nim swoje myśli, swoje uczucia, swoje pragnienia i nadzieje, odnajdywał brata, nawet więcej niż brata, bo samego siebie.
Z głębi kraju sunęły na wschód długie, czerwone pociągi, pełne żołnierskiego śpiewu. Śmiały się młode twarze, w oczach paliła się zuchowata ciekawość, w mózgach żądza bohaterstwa, a serca biły szybciej, a krew pulsowała mocniej, a ręce ściskały groźniej broń, którą ledwie poznać zdążyły.
Odprowadzały tych chłopców miliony rąk kreślących za nimi znak krzyża, miliony westchnień, życzeń i ślubowań.
A w Naczelnym Dowództwie dniami i nocami terkotały aparaty Hughesa. Niestrudzone, monotonne przynosiły i wysyłały meldunki, rozkazy. Dzień i noc terkotały Hughesy, dzień i noc warczały motocykle łączników, dzień i noc dzwoniły telefony, a w korytarzach rozlegał się tupot przyśpieszonych kroków.
Właśnie blady, pogodny świt zaczął rozjaśniać niebo, gdy otworzyły się drzwi gabinetu i adiutant z białą kartką w ręku wybiegł, by ją bez straty minuty czasu wręczyć telegrafiście. Zaterkotał aparat, a w pół godziny później, na odległej o setki kilometrów stacji zatrzymano długi czerwony pociąg, cofnięto go, przestawiono zwrotnicę i skierowano w innym kierunku.