Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Ich dziecko.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się ani oschłości, ani braku synowskich uczuć, ani tych wszystkich grzechów, którymi Justyn siebie obciążał.
— Tak łatwo chcą panowie pozbyć się naszego towarzystwa? — zapytała niespodziewanie siostra Marka.
Głos miała cichy i miły.
— Ależ nie, kochanie — łagodnie zaprzeczył jej brat. — Chodzi o to, że Justyn nie jest zapewne w nastroju i z tego względu…
— Ach, tak — uśmiechnęła się. — Proszę, panie Justynie, źle mnie nie zrozumieć. Nie chciałam się narzucać…
— Cóż znowu, proszę pani — żywo zaprotestował Justyn — będzie mi niezmiernie miło.
— Nie, nie — potrząsnęła głową. — Sądziłam, że może to pana rozerwie. Marek jednak ma słuszność. Zresztą dziadkowie Niki czekają z obiadem.
— Możemy jakoś zawiadomić państwa Korniewickich — ofiarnie zaproponował Justyn.
— Nie, dziękujemy — stanowczo powiedziała panna Janina. — Odłożymy to sobie na później. Bo jednak nie wyrzeknę się bliższego poznania pana.
Z uśmiechem wyciągnęła doń rękę na pożegnanie.
— Ani ja poznania pani — szczerze zapewnił Justyn.
Potem, żegnając się z Moniką, powiedział:
— Proszę się na mnie nie gniewać. Przepraszam.
Marek zaśmiał się:
— Monika opowiedziała mi o tym żarcie z fotografią i bardzo się zmartwiła, gdy po moim przyjeździe dowiedziała się, że ty masz jej fotografię prawdziwą i że będziesz się czuł dotknięty.
— Ależ bynajmniej. Upewniam panią — siląc się na uśmiech bąknął Justyn. Całą jego uwagę pochłonęło nowe spostrzeżenie: Marek zwracał się do tej dziewczyny po imieniu! Więc sprawy aż tak daleko zaszły.
Gdy znaleźli się we dwójkę w kącie pustej prawie sali restauracyjnej, Justyn po długim milczeniu nagle wybuchnął:
— Wcale! Rozumiesz?… Wcale mi się nie podoba ta dziewczyna!
Marek spojrzał nań z uśmiechem: