Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Ich dziecko.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sła w nim tęsknota, lecz i wciąż więcej zbierało się ważnych spraw, o których musiał z nim pogadać. Setki myśli, którymi musiał się z nim podzielić, moc zagadnień, które musiał z nim przedyskutować.
A o demobilizacji było wciąż cicho. Monotonia jednostajnych dni, deszcze jesienne, błoto po kostki, wszystko to zdawało się ciągnąć w nieskończoność.
W tym czasie zdarzyło się tylko jedno: list od ojca. Donosił, że czuje się gorzej. Jego choroba robiła postępy.
Już nie wstawał z łóżka wcale. Paraliż odjął mu władzę w obu nogach.
„Myślę czasami ze smutkiem — pisał — że już nie dożyję do Twego powrotu“.
Biedny ojciec. Justyn przed swoim zaciągnięciem się do wojska, słyszał to samo od lekarzy. Zresztą, ojciec od lat już cierpiał na jakąś nieznaną medycynie chorobę. Leczono go zastrzykiwaniem rozmaitych preparatów hormonowych. Większość dnia spędzał w swoim fotelu na kółkach, czytając lub dyktując sekretarce, pannie Magdalenie, dalszy ciąg swojej „Estetyki słowiańskiej“, której nie miał nadziei doprowadzić do końca. Wiedział, że śmierć może przyjść w każdej chwili, jednak nigdy o tym nie mówił. Nie lubił zajmować swoją osobą uwagi otoczenia i żywił fizyczny wstręt do wszelkich form współczucia. Był dość subtelny, by w pocieszeniach, w słowach otuchy i nawet w litościwych spojrzeniach wyczuć ten podstawowy składnik, którym jest konwencjonalny szablon, owa namiastka, którą ludzie delikatni starają się niepostrzeżenie zastąpić uczucia, skoro te nie mogą wytrzymać zbyt długiej próby czasu.
Justyn to rozumiał i nigdy nie narzucał się ojcu. Zresztą ich wzajemny stosunek był zawsze umiarkowany, niemal chłodny. Obaj niezmiernie wrażliwi, wiedzieli z góry, ze nie znajdą jeden w drugim duchowego oparcia. Justyn szanował ojca i cieszył się nie mniejszym jego szacunkiem, ale stąd jeszcze daleko było do zbliżeń, do intymności, do serdecznych wynurzeń. Byli jak dwie gałęzie mimozy z jednego pnia wyrosłe, które przecież, gdy je poryw wiatru splótł czasem, gwałtownie stulały swo-