Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Ich dziecko.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zaraz ci to wyjaśnię — uśmiechnął się Marek. — Wyobraź sobie, że nasz dowódca zacznie zastanawiać się nad rozkazem utrzymania tej linii za wszelką cenę. Pomyśli, że w sztabie nie zdają sobie sprawy z niedogodności tej linii obronnej, że w dywizji przez lekkomyślny rozkaz skazano jego pułk na wybicie do nogi, że znacznie lepiej jest cofnąć się o dziesięć kilometrów za rzekę, przez co wyrówna się front, a pułk zostanie ocalony. Te myśli, jeżeli go nawet nie skłonią do złamania rozkazu, odbiorą mu wiarę w zwierzchników, wiarę w celowość powierzonego mu zadania, osłabią wolę zwycięstwa. A od tego zaczyna się każda klęska.
— No dobrze. Dlaczego jednak każą nam tu stać?
— Nie wiem. Mogą być różne powody. Może chodzi o to, by zmusić nieprzyjaciela do większej koncentracji sił na tym odcinku, może zostawiono tu nasz pułk na stracenie, gdyż to uratuje, powiedzmy, pięć innych pułków. Może na tyłach przygotowuje się potężna linia obronna i trzeba wroga zatrzymać bodaj kosztem największych ofiar póki nie zostanie ukończona. Różnie być może. I dlatego my tu, nie ogarniając całości, nie powinniśmy w ogóle zastanawiać się nad niczym innym, jak tylko nad tym, jak najlepiej obronić tę naszą pozycję. Mamy zadanie nie dać jej. I tu jest pole dla naszej inicjatywy, osobistej inwencji i rozważań. A zapewniam cię, że to i tak pole dość obszerne.
Mówili już półgłosem. Mrok gęstniał i należało zachować maksimum ostrożności.
Domaszewicz, który miał świetny wzrok, zobaczył ich pierwszy: na odległym o kilkaset metrów obłym wzgórzu zamajaczyły jakieś sylwetki. Nie mógł skutecznie celować. Chodziło jednak o ostrzeżenie okopów i dlatego dał serię. W dwie minuty później odezwała się z lewego skrzydła druga „maszynka“ i niemal jednocześnie wysoko w górę wzbiły się dwie rakiety, oświetlając jaskrawą bielą szeroką przestrzeń i dwie linie dość zwartej tyraliery. Z obu flankowych gniazd i z samych okopów zaterkotały karabiny maszynowe. Raz po raz wysoko w niebie pękały rakiety, raz po raz w równych odstępach czasu przetaczał się ostry grzechot salw karabinowych.
Z tyraliery odpowiedziała gęsta, bezładna palba. Krasnoar-