Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mnie tutaj, wprowadził Świetyłkin — przerwałem narzekania właściciela tej, gospody.
— Świetyłkin z Wielkiego Ucząstku?... znam, znam. A jakże! od lat wielu mój stały gość i druh dobry... Świetyłkin? a! bogaty człowiek, bogaty i czestnyj... Ale cóż! choćby i sam kniaź gubernator z Omska... taki już w moim francuskim restoranie obyczaj.
— Więc skądże, u dyabła, wezmę pokwitowania, skoro wam nic nie jestem winien, skoro nie mam żadnego rachunku do zapłacenia?... Powiedzcie, ile żądacie za wypuszczenie mnie z tej, obrzydłej, jamy, zapłacę natychmiast.
— „Obrzydła jama!” — oburzył się gospodarz — a! baryń, przepraszam bardzo pokornie: mój francuski restoran nie jest obrzydliwą jamą, co to, to już nie!... Święty Mikołaju cudotwórco!
Zamiast wzywać świetnych patronów i cudotwórców.gadajcie, co mam uczynić, aby się od was wydostać?... chcę, potrzebuję wracać do miasta.
Nu’s to i dobrze! wola wasza, baryń.Tylko najpierw wróćcie do sali, weźcie od mademoiselle pokwitowanie. Oddacie je temu oto mojemu słudze — wskazał draba za stołem, siedzącego w poręczowem krześle — a skoro on obejrzy i sprawdzi, czy podpis mademoiselle i cyfry nie są sfałszowane, ten drugi mój czeławiek zaraz otworzy drzwi, a!... otworzy na obie polowy i puści was — z Bogiem.