Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czując się panem na swoim gruncie, szydził zjadliwie. Zapewne miało to być zemstą za ową „obrzydłą jamę”.
To rzekłszy, lekceważąco obrócił się do mnie plecami i zniknął w ciżbie, stłoczonej już za progiem przedsionka.
W tej samej chwili jakiś ekwipaż z turkotem, parskaniem koni, z ogłuszającem dzwonieniem „kałakołczyków” i uprzęży, zatrzymał się przed restauracyą.
Stróż odryglował drzwi i rozwarł je naoścież.
Do przedsionka wszedł nowy gość, przed którym odźwierny i czeławiek pochylili się w pokłonach, aż ku samej ziemi.
Byłto mężczyzna o suchej twarzy, z ostremi rysami, z chorobliwie żółtą cerą i czarną, kanciasto przystrzyżoną bródką. Wysoki, ubrany dostatnio, w całej swojej postaci miał coś odpychającego, lecz zarazem w ruchach i w ubraniu miał pewną wytworność i elegancyę, niezmiernie rzadko spotykaną w tych krainach, od ognisk cywilizacyi oddalonych tak bardzo.
Mikołajewski płaszcz rzucił na ręce sługusa, zmierzył mnie krótkiem, badawczem spojrzeniem. Zaczem obadwaj weszliśmy do restauracyi.
Gwar, hałas, wrzask wzrósł juź tutaj do kulminacyjnego punktu.
Skrzypiciel cygan rzępolił coraz fałszywiej.
Z którejś bokówki dolatywało drumlenie na swoistej bałabajce.