Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chociaż słonce jeszcze me zaszło, w przedsionku, a nawet w całym lokalu już panowały ciemności, przez światło nielicznych olejnych lamp rozjaśnione słabo.
Z wyziewów alkokolicznych, z oddechów pijackich powstała tutaj atmosfera ciężka, dusząca.
Lampy wydzielały czad, kopeć, tłuste sadze, które, niby miliardy drobniutkich owadów, bujały w powietrzu, pokrywając czarnym pyłem wszystko: meble, naczynia stołowe, jadło, napitki, osoby...,
W kilku dużych izbach, tworzących długą amfiladę, panował ścisk.
Torując sobie łokciami drogę, a mnie, niby małego chłopczyka, za rękę wiodąc za sobą, Świetyłkin me bez trudu dotarł do suto przekąskami zastawionego bufetu, przy którym krolowała jejmościanka w jaskrawych jedwabiach, w fałszywych klejnotach i w kołtuniastej fryzurze.
Wyszczerzając zdrowe, białe zęby, zalotnie strzygąc dość ładnemi oczyma, z uśmiechem, pełnym obietnic, zapytała Świetyłkina, co najpierw rozkaże sobie podać?
— Najpierw, mademoiselle, dajcie mi waszą rączkę, rączuchnę do pocałowania, pokornie was proszę — z komiczną galanteryą wyrzekł mój pryncypał.