Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


okół panuje cisza... słychać tylko tupot końskich kopyt, brzęczenie owadów, ćwierkanie jakiejś małej ptaszyny — aż tu znienacka, z onych trzcin przydrożnych padają geste i liczne stizały...
Na spiekłą ziemię walą się żołnierzyska...
Ich kamraci na chybił trafił strzelają w trzciny... Wątpliwa rzecz, azali kogo trafili... napastnicy znikli... przepadli pośród burzanów, a ciała poległych żołnierzy niepogrzebane, zostały w stepie, niby padlina, niby scierwo na żer ptakom drapieżnym i szakalom rzucone... Kości poległych przez dzikie zwierzęta rozwleczone po stepach i pustyniach spalił żar słoneczny, a wichry je rozniosły po całej przestrzeni Kaukazu...
— Czasem, w stepie, lub też na pustym ukazywały nam się jakoweś postacie...
W ordynku szły, raczej górą płynęły, otoczone tumanem krwawym... Braliśmy je za zjawy, za widma poległych kamratów — widma, morderczą batalię, przegrana i śmierć na polu bitwy wróżące... W wielkiej odległości wyprzedzały wojska... aż malały... rozwiewały się...nikły...
Były to grą fal świetlnych i oparów wywołane miraże...
Raz, nocną porą, nasze obozowisko okolił przeogromny pierścień płomieni...
Bito w bębny na alarm... zwijano „pałatki” na gwałt.., pikiety raz po raz strzałami dawały, znak niewidzialnemu wrogowi że obóz czuwa,