Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A tak, słyszałem — a nawet w katordze, w Omsku kolegowałem i przyjaźniłem się z takimi góralami.
— No, widzisz! tacy górale, schwyciwszy pocztę, chyba nie troszczyli się bynajmniej o korespondencye, które wiozła. łm szło o papiery rządowe, a jeszcze bardziej o zdobycie pieniędzy na dalszą walkę z nieprzyjacielem...
Zresztą, trzeba ci wiedzieć młodzieńczyku, żołnierze obojętnieli na wszystko, zamierały w nas wszelkie uczucia podczas tej morderczej wojny zdobywczej, podczas tych forsownych marszów przez ogromne przestrzenie pustyni niezbadanej, bez kropli wody słodkiej, pustyni pełnej bagien, wyziewów zabójczych, skorpionów, żmij, pająków jadowitych, zjadliwych komarów. Słoneczny żar palił wojaków, niby ogień z obłoków lecący — a kiedy po dniu skwarnym zapadał krótki mrok, a wraz po nim następowała noc parna, duszna, ciemna, bezwietrzna — szakale wyły żałośnie, jakoby wróżąc nam śmierć rychłą...
— Bo też naprawdę śmierć czyhała na każdym kroku... W wązkich gardzielach wąwozów, w tysiączne gzygzaki załamanych, pomiędzy dwiema niebosiężnemi górami... na drogach, które przez bezludne stepy wiły się pośród trzcin wysokich, a tak gęstych, że jeźdźcy i konie mogli się w nich skryć jaknajdoskonalej...
— Zdaje się — niema nikogo w pobliżu... na-