Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ścisk, pisk, wrzawa róźno-języczna, jakgdyby na jakiemś wszechświatowem targowisku panowały, w tem prowizorycznem, chinskiem miasteczku, od pierwszych brzasków jutrzenki porannej, a cichły wraz z zachodem słońca.
Raz zwrócił na siebie moją uwagę człowiek, w tym wrzaskliwym, kolorowym tłumie, wyróźniający się zupełnie odrębnym, zupełnie odmiennym typem.
Wysoki był, silnie zbudowany, z długą, jak mleko bielusieńką brodą.
Miał na głowie czapkę „batorówką” zwaną, z czarnemi kokardami z boku. Odziany był w kapotę z popielatego grubego sukna, krojem podobnym do samodziałowych świtek chłopków litewskich.
Odrazu poznałem, że ten człowiek nie jest ani Rosyaninem, ani urodzonym tutaj Sybirakiem, ani też tem mniej, przyswojonym i osiadłym koczownikiem.
Więc kimże jest?
Prawdopodobnie jest jednym z politycznych zesłańców.
— Ach! nawet niezawodnie jest Polakiem — pomyślałem i postanowiłem zaraz sprawdzić, o ile moje przypuszczenia są słuszne, postanowiłem zagadać do niego po polsku.
Łatwiej przecież było powziąć to postanowienie niźli je wykonać.
Właściciel batorówki i popielatej świtki bez-