Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Minarety wysoko strzelały w górę, obok pękatych kopuł bizantyjskich.
Z krużganków meczetów muezini przeciągłym i, niby jęk, tęsknym głosem wołali:
Hillali! hallala! Illa hu! Alla hu! Allach! Allach!
Że to była wigilia święta starego stylu, cerkiewne dzwony wzywały ortodoksów na nabożeństwo wieczorne...
W mieście zapalono już światła po domach i w latarniach przy rządowych gmachach
Starożytne ruiny w gloryi zachodu leżały ciche, jakgdyby w morzu krwi...
„Was Hände bauten können Hände stürzen. Das Haus der Freihet, hat Gott gegründet”...
— Co pan mówisz? — zapytał kapitan Tarasow.

— Co mówię? Oto: ni stąd ni zowąd, przypomniałem sobie pewien dwuwiersz z Szyllera — odrzekłem — Trzeba wam wiedzieć, Nikoło Mikołajewiczu: Kamiński, profesor języka niemieckiego w Szczebrzeszyńskiej szkole, gdzie się kształciłem, był szczególniejszym miłośnikiem i najgorętszym wielbicielem tego poety. My, uczniowie, musieliśmy całych długich ustępów z Szyllera uczyć się na pamięć... Raz, podczas letnich wakacyi, z ogromnym aplauzem widzów, po niemiecku, wyobraź pan sobie: poniemiecku, my, uczniowie, odegraliśmy cały akt z Wilhelma Tella...