Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do wydłużonych, kamiennych prostokątów podobnych, nielicznych tylko spotykaliśmy przechodniów, Kirgizów we włochatych, kolistych burnusach, brunatnych Azyatów z pogranicza Persyi, w długich płaszczach, z włosami i brodami na czerwono ufarbowanemi henną.
Kobiety w tem smutnem pustkowiu nie spotkaliśmy ani jednej.
Natomiast spotkaliśmy wielu „bajguszów”[1] o zwiędłych, wynędzniałych, ciemnych twarzach i w dziurawych wojłokowych opończach.
Widać gnieździli się w tej dzielnicy starej zaniedbane), ubogiej, od centrum miasta dalekiej, a przed nocą ściągali do swoich legowisk
Na widok żołnierzy i oficera wyższej rangi, konwojujących trzech mężczyzn w aresztanckich ubiorach do „ostrogu” za miastem, przyśpieszali kroku i trwożliwie kryli się za węgłami domostw, albo znikali w ich głębiach ciemnych.
Gawędząc z Tarasowem i słuchając jego objaśnień, prędko przeszliśmy dwuwiorstową przestrzeń z miasta do „ostrogu“.
Przed wejściem do fortecy jeszcze raz rzuciłem okiem na miasto i otaczający krajobraz.

„Barnaulski bór“, szeroką linią ginący na horyzoncie dalekim, ciągnął się, w lekkie, fioletowe mgły obwity.

  1. Bajgusz, kirgiz żebrak.