Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ścieżyny, z miękkich mchów i z darni układać ławki, ze ściętych gałęzi robić szałasy, w których mieli odpoczywać myśliwi, altany, gdzie miały być zastawione sute posiłki.
Trzeciego dnia po owej burzy, kiedyśmy z robót w lesie, brzegiem Irtyszu wracali do ostroga poprzedzający partye katorżników konwojowi, nagłe przystanęli z okrzykiem:
— Andronik Onoprienko!
W głosie konwojowych dźwięczał żal i ogromny strach...
Żegnając się wielokrotnie i bezładnie powtarzając słowa jakiejś modlitwy, cofali się wstecz, jakgdyby zastępowało im drogę jakieś widmowe zjawisko.
Cała wataha katorżników przystanęła również...
Nu‘s! czego wy się zatrzymali?... czemu taki wrzask podnieśli? — dopytywał się dozorca.
W odpowiedzi jeden z konwojowych spuścił rękę, wskazał na ziemię i drżącym głosem zawołał powtórnie.
— Andronik Onoprienko!
Na wilgotnym piasku łeżał trup...
Siny, odęty, z rozwartemi powiekami, łeżał trup owego żołnierza, który przed trzema dniami z łodzi „Mon plaisir“ wskoczył w nurty Irtysza...
Trafił na głębię i utonął.
Nikt się o niego nie zatroszczył...