Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tow kulawy, szkaradny, do gnoma podobny karzeł.
Odetchnął, odchrząknął, splunął przez zęby i zwracając się do nas, Polaków, z urągliwym śmiechem zapytał:
— Nu s?.. co?... nia, a!..., panowie „ślachta?
I chociaż dozorca, podoficer Iwan Matwieicz napominał ustawicznie:
— Mielecie językami, jak młynskie kamienie, milczeć! mówię wam, milczcie!
Próżne były napomnienia.
Daremnie też, wymachując knutem, naglił do pospiechu. Robota była wykonywaną powoli, opieszale, leniwie...
I nas pomimowoli ogarnął też smutek, cięższy niż zwykle... ogarnęła nas jakaś nieprzezwyciężona ociężałość i apatya... I my też wbrew woli straciliśmy zwykłą równowagę moralną...
Nacinanie drzew utrudzało nas dziś i niecierpliwiło nadzwyczajnie, chociaż to była jedna z lżejszych i łatwiejszych robót.
Godziny wydawały się nam nieskonczenie długie!...
Tymczasem bór stawał się coraz bardziej mrocznym i dusznym...
Czubami drzew wstrząsały jakieś złowieszcze poszumy...
Aż z gromady gracujących ścieżki wyrwał się głos donośny, nad hukiem toporków i szczę-