Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i petersburskiego zajazdu przebąkiwał, że owa piękna pani, którą zaopiekowali się Polacy, przed kilku dniami do Tary przybyła tarantasem, wyładowanym „czamadanami”[1] i całą masą pakunków.
Że owe kufry i pakunki zniesiono, do najparadniejszej komnaty w petersburskim zajeździe.
Piękna pani, zdaniem owych świadków, musiała być bardzo bogatą, „jemszczyk”[2], który ją przywiózł, długo i szeroko rozpowiadał o jej dobroci, hojności, o tem, że nie targowała się z nikim, płącąc za wszystko ile zażądano, chociaż, jako od obcej, żądano cen bardzo wygórowanych.
Z tych opowieści wynikał naturalny wniosek, że „nasza Marysieńka” zachorowała odrazu po przyjeździe do Tary, że Achmetko nieprzytomną biedaczkę, z owei „paradnej komnaty” do mansardy przeniósł, aby ją tam ukryć i z przed ciekawych oczu ludzkich usunąć. Że sobie wszystkie jej bagaże przywłaszczył, paszport, oraz inne urzędowe dokumenty zniszczył, przez nieuwagę, pozostawiając chorej pani pościel, świadczącą o jej zamożności.
To wszystko było pewne.

Cóż, kiedy Achmetko stanowczo wszystkiemu zaprzeczał!

  1. Czamadan — kufer.
  2. Jemszczyk — stangret, pocztylion