Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzenie i pomyślność dla przyszłych pokoleń wykwitną...
Osunąłem się na ziemię...
Objąłem kolana starca, przemawiającego jakgdyby w proroczem natchnieniu...

Ów na mojej głowie położył dłoń błogosławiącą...



Że to nie chcieliśmy się rozstawać, w tym ostatnim dniu mojego pobytu w Minusińsku i postanowiliśmy ten dzień przepędzić razem — Tomasz Korsak towarzyszył mi w powrocie do miasta.
Szliśmy drogą, prowadzącą przez owo prowizoryczne chińskie miasteczko, gdzie co krok narzucało się mojemu wzrokowi coś, przyczem warto było przystanąć, coś, czemu warto było przypatrzeć się bliżej...
Przedewszystkiem w haftach na jedwabnych tkaninach budziły zachwyt przepych i harmonia barw; cudny koloryt motyli, ptaków, kwiatów, roślin i drzew o fantastycznych, nieistniejących w naturze kształtach; smoków, o złocistych, kołczastych grzbietach, a kameleonowych skrzydłach.
Trzeba było również podziwiać arcydzieła cierpliwości i zręczności rąk ludzkich; te iście koronkowe, delikatne rzeźby, ze słoniowej kości, owe długie łańcuszki z ogniw, ani razu nie spajanych, wyrobionych z jednej sztuki kości — ażu-