Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wytrzymalszych taneczników, oderwane strofy bezsensownych przyśpiewek i omdlewające rzępolenie skrzypka cygana...
Tylko swoista bałabajka jeszcze bardzo głośno i zamaszyście odzywała się z bokówki...
Lampy gasły, różowy świt już zaglądał przez brudne szyby...
Nagle rozległ się jakiś larum piekielny...
Jakiś ktoś naśladował szczekanie psa... Ktoś inny miauczenie kota... inny ryk wołu... pianie koguta... gdakanie kury, znoszącej jajko...Odzywały się też głosy, imitujące płacz kobiecy... kwilenie niemowlęcia... rubaszny śmiech męzki... czkawkę... chrapanie...
Ktoś gwizdał piosnkę hulaszczą...
To owa kompania, którą widziałem zabawiającą się w „złotej sali”, teraz do izby z bufetem wylewała się, przy tej piekielnej wrzawie...
Byli wszyscy w komplecie, oprócz Władimira Osipowicza, który już ulotnił się niepostrzeżenie, wygrawszy, jak mi to później mówiono, sumy ogromne.
Temu hałaśliwemu pochodowi pijanych ludzi przodował „patryarcha tobolski”, eks-więzień oskarżony o fałszerstwo banknotów, aktualny Krezus: Iłaryj Tagancew.
Olga i Sonia prowadziły go pod ramiona.Zataczając się, wszyscy troje stanęli przed bufetem.