Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Teraz sobolowe szuby i kołpaki nosi, łańcuchy złote na sobie zawiesza, żonę i córki w jedwabie stroi... Za córkami tysiączne posagi daje, syna z córką tego samego sędziego, co go sądził, żeni, w szacunku powszechnym żyje. W tym samym Tobolsku ludzie go patryarchą zwą, bo ma ręce szerokie i hojne. Ten mądry jest chłop! mądry!
Nu! Ilaryj Tagancew, nasze tobolskie! a osobienno wasze zdrowie. Szczy iłi,Łafit, wszystko równo, przez gardło przeleje się do jednego miejsca, gdzie potrzeba. Co?... czy nie, a?
Współbiesiadnicy temu, kto wzniósł toast, przywtórzyli hucznym śmiechem, wypróżniwszy kielichy do ostatniej kropli.
— Wy z nami Ilaryj Tagancew -zapytał nowoprzybyły jegomość, mijając stół, przy którym tronował promieniejący dumą „mądry chłop“ i „patryarcha tobolski” w jednej osobie.
Kanieczno! kanieczno! z wami, Władimir Osipowicz-odrzekł zagadniony.
Władimir Osipowicz z rewerencyą usunął się na bok i zrobił ręką gest uprzejmy na znak, że chce naprzód przepuścić Tagancewa przed sobą.
— Tak i proszę-rzekł-lłaryj Tagancew, proszę!