Strona:Stefan Napierski - Elegje.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ELEGJA

Lokomotywy gwizdek, żelastwo i koła
Rozdzwonione, tak śliskie, jak przelot anioła,
Na brzeg składają ciebie spokojnego wiru,
Pod kopułę zblakłego jak oko szafiru.
Tu liście drgają drobne na pożółkłych murach
Domostw, wznoszonych cieniem, jak na czarnych piórach.
Obrzeżonych dachówką rudą i przez rynny,
Dzwoniące echem srebra, jako promień płynny.
Kominy oddalone odrzucają smugi
W kraty okien, konarów mrok na ścieżce długiej
Kreśląc prętem zieleni gęstej, i niestały
Słup powietrza ciosając, rwanego w kawały,
Jak młot dźwięczny, co szyny z żelaza ugniata
— Wykute dźwięki giną. Ta słoneczna strata
Do wyrazów ziskrzonych podobna, gdy z głębi
Ponad dachy wypryska kolumna gołębi,
Siwe dymy rozplótłszy nad winem czerwonem.
O druty zawadzając podbrzuszem barwionem
W kolorowość jesienną, w skrawą zwiędłość, puchem.
— Wtedy źrenice zwęzij. Chwytaj barwy uchem.
Mury plamione buro, badyle szarawe,
Astrów jaskrawych żale, zawisłe nad trawę.
Blachy gładzonej skargę, rdzawo-gołe łozy
— A potem bladym listkiem w ogniach płoną brzozy.